Oleśnicki radny opisuje dramatyczną walkę z koronawirusem: Nie wiem co by było, gdybym do szpitala trafił dzień później

Redakcja
Oleśniczanin opisuje walkę z koronawirusem. Przeczytajcie jego historię
Oleśniczanin opisuje walkę z koronawirusem. Przeczytajcie jego historię Facebook
Miejski radny Damian Siedlecki w mediach społecznościowych opisał dramatyczną walkę z covid-19. Mówi o pierwszych objawach, następnie hospitalizacji i dalszym leczeniu.

Zaczyna się od osłabienia. Z każdym dniem nasilający się ból mięśni nie pozwala normalnie funkcjonować, a oczy bolą od samego patrzenia. Następnego dnia dochodzi gorączka. Nawet nie musi być wysoka - w moim przypadku maksymalnie 38.7 stopnia.

Wtedy myślisz, że pewnie to zapalenie zatok. Łykasz ibuprofeny i inne paracetamole, w ilościach wskazanych na opakowaniu. Pomaga na 3-4 godziny, potem ból wraca. Zaczynasz zwiększać ilości, mieszać medykamenty. Nie pomaga. Jesteś coraz bardziej padnięty, jak na kacu. Nie da się nic robić, nie da się myśleć. Jeść też się nie chce. Mimo, że cały czas masz węch i smak, to kawa już nie smakuje, jak co dzień, a najświeższe pieczywo nie smakuje tak, jak zwykle. Najchętniej idziesz spać.

Co ciekawe - nie masz kaszlu. Kaszel nie przeszkadza w spaniu, więc gdyby nie powracający ogólny ból wszystkiego, to spałbyś cały czas.

I po 6-7 dniach pojawia się najgorszy objaw: SPŁYCONY ODDECH, prowadzący do DUSZNOŚCI. Krótkie, szybkie oddechy znacznie utrudniają kontakt z otoczeniem. Z każdym ruchem przepony łapczywie łapiesz powietrze, co nie pozwala Ci się skupić na czymkolwiek. Ale i tak się na niczym nie skupiasz, bo przecież wszystko Cię boli i najchętniej byś tylko spał. Kaszel - raczej sporadyczny, nie męczący. Ale ten spłycony oddech nie daje Ci spokoju. Przecież nigdy nie miałeś takich duszności. Nigdy nie miałeś takich objawów.
I właśnie zdajesz sobie sprawę, że mógł Cię dopaść koronawirus.

I wtedy, gdy widzisz, że medykamenty nie pomagają, a jest wręcz coraz gorzej, łapiesz za słuchawkę i szukasz porady u lekarza. Najwcześniejsza możliwa konsultacja - jutro. OK, dam radę.

Następnego dnia idziesz do tego lekarza. Ten bada Cię z lekkiego dystansu: -"Gorączka jest?" No jest. Nieduża, 38.7 stopni. -"A kaszel jest?". No właściwie nie ma. Bo to nie kaszel tu jest problemem, tylko wszystko inne, a najbardziej niepokojący jest oddech, a właściwie jego coraz większy brak. -"To proszę brać to, co do tej pory. Zwolnienie z pracy potrzebne?" Próbujesz dać do zrozumienia, że to, co brałeś do tej pory nie do końca działa. -"Jakby coś się działo, proszę przyjść jutro pomiędzy 10 a 11. Żegnam." Odchodzisz w zasadzie z kwitkiem. No OK, masz zwolnienie lekarskie.

Cały dzień, cała noc - bez poprawy. Jest nawet gorzej, bo duszność jeszcze większa, ból wszystkiego jeszcze gorszy. Kaszlu wciąż prawie brak, bo to nie kaszel jest problemem.

Następnego dnia idziesz znowu do tego samego lekarza. Na wejściu do przychodni mierzą Ci temperaturę: 37.5 stopni. -"Zapraszamy do izolatki, za chwilę przyjdzie lekarz."

Przychodzi ten sam lekarz. Ogląda Cię znowu. -"Czy coś się od wczoraj zmieniło?" Mówisz, że tak, zmieniło się. Kaszel zrobił się dokuczliwy. Wiesz, że to nieprawda, ale zdajesz sobie sprawę, że lekarz jest "zakodowany" na kaszel. I od tego momentu zaczyna się inna rozmowa. -"To może być koronawirus. Wypiszę skierowanie na test. Albo nie, do szpitala. Na Koszarową. "Pytasz, co z testem? -"W szpitalu będą wiedzieć, co robić."

Bierzesz skierowanie. Wracasz do domu. Na wszelki wypadek pakujesz się, bo nie wiadomo, czy zostaniesz w szpitalu. Jedziesz, na szczęście nie sam, lecz jako pasażer. Oczy bolą tak, nie możesz patrzeć na poruszający się świat.

Przyjeżdżacie pod szpital. Ustawiasz się przy drzwiach z napisem "Dla pacjentów z podejrzeniem Covid-19". Czekasz. Wszystko trwa, ale sytuacja jest taka, a nie inna, więc nie dziwi nic.

Na wstępie dostajesz ankietę do wypełnienia. W międzyczasie dostajesz pulsoksymetr, mierzysz saturację: 83%. Mało. Wśród personelu zauważasz lekkie wzmożenie. Biorą Cię na covidową Izbę Przyjęć. Najpierw podają tlen. Robią prześwietlenie. Biorą wymaz. -"Czy zgadza się Pan na hospitalizację?" Mówisz, że chyba nie masz wyjścia, więc oczywiście.

I tak właśnie trafiasz po raz pierwszy do szpitala jako pacjent. Okazuje się, że pomimo wieku, Twój stan jest niewesoły. A może być nawet jeszcze gorzej. Pierwszym powikłaniem jest ostre zapalenie płuc.

W sali szpitalnej dostajesz remdesivir. Całą serię, przez 6 kolejnych dni. Już drugiego dnia dostajesz osocze od ozdrowieńców z Górnego Śląska - obecnie w zasadzie jedyny sposób na to paskudztwo, które Cię dopadło.

Cały czas dostajesz tlen. Najpierw z maski. Potem z aparatu "high-flow", który - jak mówią Ci lekarze - jest ostatnim etapem przed respiratorem. Saturacja - pod tlenem 95-96%. Bez tlenu wolisz nawet nie próbować. Myślisz sobie, że musisz zrobić wszystko, żeby nie trafić pod respirator. W takim razie LEŻ PLACKIEM! ŻADNEGO WYSIŁKU! Bo wysiłek, może spowodować utratę przytomności, a wtedy przed respiratorem już nie uciekniesz.
Zakładają Ci pieluchę, żebyś faktycznie leżał.

Po kilku dniach hospitalizacja zaczyna przynosić efekty: sił zaczyna przybywać, jesz coraz więcej. Idziesz nawet "na gigant" - do łazienki. I wtedy przekonujesz się, jak bardzo jest to męczące. Po powrocie mierzysz saturację: 85%. Szybko wracasz pod tlen. Pod tlenem bezpieczniej. Z czasem nawet zaprzyjaźniasz się z pulsoksymetrem. A saturację mierzysz nawet z nudów. I żeby sprawdzić, czy coś się poprawia.

Poprawia się. Po kilku dniach zabierają Ci "high-flow", znowu zakładają maskę z tlenem. To dobrze.

W pewnym momencie ziewasz. TAK, ZIEWASZ! Cieszysz się jak dziecko, bo nagle zdajesz sobie sprawę, że od 3 tygodni NIE ZIEWAŁEŚ! Ziewnięcie, taki zwykły, ludzki odruch napełnienia płuc powietrzem, a dla Ciebie jest oznaką poprawy stanu zdrowia.

Od tego momentu jest już coraz lepiej. Terapia postępuje szybko, a po 23 dniach pobytu w szpitalu słyszysz, że "Pańskie płuca są jak nowe".

Dziś już jestem w domu. Nie wiem, nie chcę nawet myśleć, co by było, gdybym do szpitala trafił dzień, dwa dni później. Wiem, że koronawirus to ścierwo, które zabija. I na pohybel wszelkim płaskoziemcom i antycovidowcom

Ja akurat miałem szczęście i niezwykle fachową opiekę nad sobą. I w tym miejscu dziękuję CAŁEMU personelowi szpitala przy ul. Koszarowej we Wrocławiu: lekarzom, pielęgniarkom, opiekunkom, sanitariuszom, diagnostom, salowym, za Wasze zaangażowanie o walkę i życie. To, co robicie, jest ponadludzkim wysiłkiem!
Ogromny szacunek dla Was i dla Waszej pracy!

Znamy decyzję w sprawie trzeciej dawki szczepionki.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie